piątek, 24 czerwca 2016

Do zobaczenia w Świdnicy


W niedzielę stanę na starcie wyścigu o mistrzostwo Polski. Mówią, że trasa w Świdnicy będzie trudniejsza niż w Sobótce, zobaczymy na pierwszej rundzie, czy to prawda. Trzeba będzie dobrze rozłożyć siły i przeciwstawić się rywalom, w tym całym ekipom, które będą próbować rozegrać wyścig na swoją korzyść. To walka o mistrzostwo o Polski, więc żartów nie będzie, tym bardziej, że jazda w Świdnicy może mieć wpływ na Rio. Jestem w szerokiej kadrze na olimpiadę, trzy miejsca są już zaklepane, pozostają zmagania kilku zawodników o jedną nominację. Nie będzie łatwo, ale dopóki jest cień szansy, trzeba walczyć.


Ostatnio miałem dobre długie treningi w upale. Po Tour de Suisse nie mam zamiaru narzekać na prażące słońce. W Szwajcarii 8 z 9 etapów jechaliśmy w deszczu, trudno było walczyć w takich warunkach, choć były one jednakowe dla wszystkich. Na szczęście zresetowałem się już po Giro d’Italia, wszystko wróciło do normy. Niestety wyścig nie ułożył się po mojej myśli i musiałem się z niego wycofać, ale mam nadzieję, że wrócę jeszcze na Giro w dobrej formie. Po mistrzostwach Polski wystartuję w Tour de Pologne i wszystko wskazuje na to, że pojadę też Vueltę. Choć nie rozpieszczałem ostatnio swoich kibiców, wierzę, że nie zabraknie ich w Świdnicy i sprawie im jeszcze w tym roku przyjemność.

czwartek, 5 maja 2016

Spokój przed Giro




Już jutro rozpocznę swoje szóste Giro d’Italia. Z takim licznikiem nie muszę się stresować, a po ostatnim wyścigu spokoju mi nie brakuje. Póki co będę się starał, żeby wyjechać z Holandii w dobrym nastroju. Trzeba przejechać tutejsze etapy bez strat, żeby włoskie odcinki rozpocząć z dobrej pozycji wyjściowej. Czuję się dobrze, ale nie chcę składać żadnych obietnic. Będę się skupiał na tym, by z dnia na dzień jechać jak najlepiej i zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi. Wyścig pokaże, czy będzie to walka o wysoką pozycją w kl. generalnej, czy raczej o wygranie etapu.

Zacząłem studiować grubą książkę wyścigu i mogę stwierdzić, że będzie ciężko. Trasa tegorocznego Giro jest bardzo wymagająca, aż siedem etapów liczy co najmniej 200 km, trudnych podjazdów też nie zabraknie. Będzie sporo jazdy na czas, ale na szczęście nie drużynowej. Pierwsza poważna weryfikacja nastąpi na 6. etapie, pierwszym z metą pod górę. To on pokaże, na co kogo stać w tym wyścigu. Później ciężki będzie 8. etap do Arezzo z szutrowym podjazdem Alpe di Poti. Przejechałem go w tym roku, mieszkałem też w tamtych okolicach i znam je dobrze, podobnie jak trasę pagórkowatej czasówki w Toskanii. Końcówka drugiego tygodnia da popalić, przejedziemy sporo wymagających podjazdów, a na deser dostaniemy górską czasówkę. Wszystko rozstrzygnie jak zwykle trzeci tydzień, który nie oszczędzi nikogo. Przejechałem już w Giro sporo kilometrów i wiem, jak ważne jest w nim umiejętne rozkładanie sił. Trzeba się mądrze oszczędzać, żeby nogi chciały jeszcze dobrze kręcić w końcówce wyścigu. Liczę też na to, że strategia mniejszej liczby startów do maja przyniesie dobre efekty. Zwykle o tej porze roku miałem już w nogach z 2 tys. kilometrów wyścigowych więcej niż tym razem

Ostatni wyścig przed Giro pozwolił mi uwierzyć w słuszność obranej strategii i dodał wiary w siebie. Niektórzy mogą mówić, że nie był to najbardziej prestiżowy wyścig, ale nikt nie dał mi zwycięstwa w Turcji za darmo. Cieszę się też ze swojej jazdy na królewskim etapie Tour of Turkey. Niewiele zabrakło wtedy do wygranej. Zdobyłem w Turcji koszulkę najlepszego górala, niestety wiatr porwał mi koszulkę lidera, ale co zrobić, takiego etapu jeszcze nie przeżyłem. Ledwo można było jechać, wiatr i praca Lotto-Soudal sprawiły, że już na 3. km trasy peleton podzielił się na 5 grup. Mogę być jednak zadowolony z tureckiego debiutu i swoich odczuć z jazdy.

Po wyścigu w Turcji spędziłem w domu nieco ponad 22 godziny i ruszyłem z dobrym samopoczuciem na Giro. Po ostatnich treningach, dzisiejszej wizycie w centrum Meridy i prezentacji ekip czeka mnie już tylko odpoczynek w hotelu, a od jutra skupianie się na każdym kilometrze trasy i ciężka praca każdego dnia. Oprócz moich ambicji liczą się też ambicje ekipy, które spróbujemy wspólnie zaspokoić. O zwycięstwa etapowe będą z pewnością walczyć Sacha Modolo i Diego Ulissi, których stać na niejeden sukces. Konkurencja nie pozwoli jednak, żeby przyszedł on zbyt łatwo. Obsada wyścigu będzie jak zawsze mocna. Za największego faworyta do zwycięstwa uważam Mikela Landę, ale nie można skreślać innych wielkich kolarzy. Wszystko rozpocznie jutro płaska jak stół czasówka. Zmieniłem nieco pozycję na kozie i mam nadzieję, że przyniesie to dobre rezultaty. Poza tym zaufam sprawdzonym rozwiązaniom i nie przewiduję żadnych rewolucji sprzętowych. Wyjątkiem są nowe koła Fulcrum z obręczami 55 mm, będę je stosował z wersjami 40 mm w zależności od etapu.

Trzymajcie kciuki za mój dobry maj, a ja postaram się dostarczyć Wam wielu dobrych emocji.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Przyjemna niespodzianka

fot. Tour of Turkey/Brian Hodes

Wczoraj zaskoczyłem wiele osób, a najbardziej chyba siebie. Etap był dla sprinterów, ale udało się pokrzyżować im plany. Na odprawie przed etapem dyrektor sportowy prosił mnie, żebym był czujny, jeśli pojawi się szansa na odjazd, a ja się do tego dostosowałem. Próbowałem atakować od początku etapu. Gdy przejeżdżaliśmy przez most, który łączy Azję z Europą, byłem już w odjeździe. Później niestety przytrafiła się spora kraksa i zostaliśmy zatrzymani przez sędziego. Gdy wyścig ruszył na nowo, jechaliśmy spokojnie przez jakieś 10 km, po których rozpoczęły się kolejne ataki. Stawka poszarpała się na podjeździe i odjechaliśmy w trójkę, później dołączyło do nas jeszcze dwóch kolarzy i tak uciekaliśmy w pięciu z mniej więcej dwuminutową przewagą. Z góry było wiadomo, że peleton dojdzie nas na etapie dla sprinterów, więc towarzysze ucieczki nie wykazywali wielkich chęci do podkręcania tempa.

Gdy wróciliśmy do europejskiej części Stambułu, peleton zaczął mocno naciskać i nasza przewaga stopniała do 40 sekund. Wtedy wszyscy w ucieczce odpuścili, wszyscy oprócz mnie. Zaatakowałem i zacząłem samotny rajd. Peleton doszedł zawodników z ucieczki i chyba trochę się wtedy rozluźnił, bo 10 km później miałem już 3 minuty przewagi. Czułem, co się święci, trochę się przyoszczędziłem i zostawiłem siły na końcówkę. Kiedy 15 km przed metą dowiedziałem się, że mam 2' 40" przewagi, stwierdziłem, że teraz albo nigdy, i poszedłem w trupa. Postawiłem wszystko na jedną kartę i udało się. Miałem na bieżąco podawaną informację o przewadze i starałem się kontrolować sytuację. Gdy do mety pozostawało jakieś 8 km, zacząłem wierzyć, że jest duża szansa sprawić niespodziankę. Nie było łatwo w końcówce-kamikadze. Było ciasno, nie brakowało zakrętów ani bruku, ale miałem ten komfort, że mogłem dyktować tempo, i wszystko dobrze się skończyło.

Zwycięstwo bardzo mnie ucieszyło, od ostatniego minęło ponad 1,5 roku. Gdy ostatni raz wygrałem na Vuelcie, też miałem numer startowy 6 i miałem tego samego dyrektora sportowego w wozie technicznym, Bruno Vicino. Oby więcej takich powtórek z rozrywki. Myślę, że to zwycięstwo dobrze mi zrobi i doda wiary w siebie i swoje umiejętności. Niektórzy skreślają mnie już ze względu na wiek, ale wiek to tylko liczba. Nie bez znaczenia jest doświadczenie i to, jak się czuję. Zwycięstwo dedykuję mojej żonie Beacie, synom Oliwierowi i Mikołajowi oraz dziecku, które ma przyjść na świat we wrześniu. Oliwier oglądał wyścig z mamą i bardzo się ucieszył, mały Mikołaj spał wtedy, ale może obejrzy kiedyś powtórkę. Dziękuję wszystkim, którzy trzymają za mnie kciuki i dobrze mi życzą. Pojawiła się szansa i ją wykorzystałem. Postaram się jeszcze to kiedyś powtórzyć.

Po wczorajszej radości trzeba dzisiaj zacząć nową konkretną walkę. Wieczorem dopiero ok. 22 wylądował nasz samolot i jeszcze godzinę jechaliśmy do hotelu przed drugim etapem. Wcześniej z powodu mocnej burzy godzinę czekaliśmy, żeby móc wystartować z lotniska. Mam nadzieję, że deszcz będzie nas oszczędzał na wyścigu, bo i bez niego bywa niebezpiecznie. Tutejszy asfalt jest miejscami specyficzny i rower potrafi się na nim ślizgać, więc trzeba jechać czujnie. Dzisiaj zapowiada się dość ciężki odcinek. Nie będzie łatwo na rundach z podjazdem, ale trzeba próbować. Nie zamierzam oddawać dzisiaj koszulki lidera. Ostatni raz zakładałem taką w Route du Sud w 2009 roku. Trochę czasu minęło i będę się starał utrzymać nową jak najdłużej. Pojadę z dnia na dzień i zobaczymy, co z tego wyniknie.

piątek, 22 kwietnia 2016

Czas na Turcję

fot. BettiniPhoto

Dzisiaj wylatuję na wyścig dookoła Turcji. Zależy mi na tym, żeby dobrze w nim zadebiutować. Czekają nas dwa górskie etapy i solidna dawka ścigania niezależnie od tego, że obsada nie będzie tak mocna jak w poprzednich latach. Wiem, że zmienił się organizator wyścigu i wiele ekip zrezygnowało ze startu w nim, sytuacja w Turcji też może mieć na to wpływ, ale mam nadzieję, że tegoroczna edycja okaże się dobrym widowiskiem. Tytułu w Turcji będzie bronił mój kolega Kristijan Durasek, który zaliczył poważne szlify w Giro dell'Appennino, pewnie w praniu wyjdzie, czy wystarczająco wydobrzał.

Z ostatniego wyścigu, Giro dell'Appennino, jestem zadowolony. Swoje zrobiła w nim pogoda – było zimno i mocno lało, na jednym z niebezpiecznych mokrych zjazdów część kolarzy przede mną nieco odpuściła, zrobiła się luka i odjechała grupka zawodników, którzy walczyli między sobą o zwycięstwo. Początkowo ryzykowałem, ale później jechałem ostrożniej, bo kraks nie brakowało, a najważniejsze wyścigi sezonu dopiero przede mną.

Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, po Turcji powinienem spędzić w domu 24 godziny przed wylotem na Giro d’Italia. Nie mam wielu kilometrów wyścigowych w nogach i także z tego względu cieszę się na Turcję. Mam nadzieję, że mój mniejszy przebieg w tym sezonie będzie miał dobry wpływ na formę w maju. Chciałem spokojniej rozpocząć sezon niż w poprzednim roku i przesunąć szczyt formy na później. Liczyłem na nieco więcej np. w Tirreno-Adriatico, ale bez odwołanego królewskiego etapu trudno było poważnie się sprawdzić. Na przygotowania nie mogę jednak narzekać. Niedawno zaliczyłem dobry obóz przygotowawczy na Etnie, gdzie poćwiczyłem długie podjazdy, ostatnio w domu też nie próżnowałem i zrealizowałem założony plan treningowy. Tuż przed wylotem do Turcji podczas jednego treningu zrobiłem np. 3300 m przewyższenia, nogi są gotowe na poważne wyzwania.


Nowe i bardzo przyjemne wyzwania czekają na mnie także poza wyścigami. We wrześniu po raz trzeci mam zostać ojcem. Być może będę wtedy na Vuelta a Espana, ale moja żona Beata będzie gotowa na takie rozwiązanie. Do września trochę jeszcze czasu zostało i mam nadzieję, że będą to dla mnie dobre miesiące.

sobota, 6 lutego 2016

Ściganie czas zacząć

fot. BettiniPhoto

Treningi treningami, ale czas rozpocząć sezon. Jutro wystartuję w swoim pierwszym wyścigu w tym roku – GP Wybrzeża Etrusków. Skład na ten klasyk mamy mocny i będziemy walczyć o zwycięstwo. Kapitanem będzie Diego Ulissi, który jest w gazie po Australii, podobnie jak Ilia Koshevoy po Argentynie. Ulissi mieszka w miejscowości, w której jest meta wyścigu, dlatego będzie chciał u siebie wygrać. Mam z tym klasykiem związane dobre wspomnienia – to w nim zadebiutowałem jako zawodowiec i startowałem w nim już kilka razy.

Mam za sobą bardzo udane zgrupowanie w Calpe. Byli ze mną koledzy z Lampre-Merida: Bono, Modolo, Conti i Petilli, oprócz tego można było tam spotkać połowę peletonu. To było moje pierwsze zgrupowanie w Calpe i bardzo polubiłem to miejsce. Jest idealne do rozkręcenia nogi, jeśli ktoś zaczyna sezon później, jak ja w tym roku. Nie ma tam strasznie długich i ciężkich podjazdów jak np. na Gran Canarii, która jest z kolei lepsza, jeśli pierwsze starty są już w styczniu i trzeba szybciej wejść na wysokie obroty. Przez dwa tygodnie zrobilibyśmy średnio 110 km dziennie, włączając w to odpoczynek. Atmosfera w Calpe była bardzo dobra, solidna dawka treningów w świetnych warunkach zawsze cieszy. Szkoda chłopaków z Gianta, którzy mocno ucierpieli na treningu. Mieszkali w tym samym hotelu co ja, to był ich pierwszy trening podczas zgrupowania, niestety tak pechowo zakończony. Oby jak najszybciej wrócili do zdrowia.

Po najbliższym klasyku wystartuję w Trofeo Laigueglia, następnie w dwuetapowym wyścigu we Francji  – Tour du Haut Var-matin. Po nim znowu udam się na zgrupowanie do Hiszpanii przed kolejnymi startami. W marcu będą nimi Strade Bianche, GP Industria & Artigianato i Tirreno-Adriatico. Po tych wyścigach planuję zgrupowanie na Etnie, a po nim Vuelta al Pais Vasco. Próbą generalną przed Giro d’Italia będzie dla mnie Tour of Turkey. Program startów mam nieco inny niż w zeszłym roku. Będę się starał spokojniej wejść w sezon, wysoka forma ma przyjść później. Po długich przygotowaniach czuję już jednak głód ścigania, ostatni sezon zostawiłem za sobą i skupiam się na tym, aby ten rok był dla mnie dobry.

środa, 21 października 2015

Sezon zakończony, chęci przed nowym nie brakuje

fot. Tomasz Jendrzejczyk

Ostatnie starty w roku za mną. Mam jeszcze końcowe przejażdżki w sezonie, zanim odstawię rower na 2-3 tygodnie. Cieszę się, że ten sezon już się skończył. Teraz czas na odpoczynek i przygotowywanie się do tego, żeby przyszły rok był dużo lepszy.

Niedawno wróciłem do ścigania po dłuższej przerwie i wziąłem udział w trzech klasykach we Włoszech. Jak na tak długi odpoczynek od wyścigów, uważam, że powrót wyszedł mi całkiem nieźle. Nasi dyrektorzy sportowi ustalili, że w tych wyścigach mają się pokazać nasi młodzi gniewni, a pozostali mieli im zapewnić odpowiednie wsparcie. Pierwszy klasyk, Coppa Sabatini, ukończyłem w pierwszej grupie i miałem dobre odczucia z jazdy. W końcówce atakował od nas Valerio Conti, ale został złapany 300 m przed metą. Tego dnia było tak ciepło, że nawet nie zakładałem potówki. Za to już w sobotę na Giro dell’Emilia pogoda była całkiem odmienna – 7 st. C, deszcz i mgła. W pewnym momencie wjechaliśmy na płaskowyż i przez ok. 30 km kręciliśmy na nim z widocznością sięgającą do 50 m. Za to następnego dnia w niedzielę znowu jechałem bez potówki przy 25 st. C.

Giro dell’Emilia kończyły rundy z ciężkim podjazdem w San Luca. Zgodnie z wytycznymi dyrektora sportowego, mieliśmy go zacząć z przodu i tak też zrobiliśmy. Przy pierwszym wjeździe na podjazd w pierwszej "10" było nas 4 czy 5 z Lampre-Merida. 10 km przed podjazdem wziąłem na koło Jana Polanca, który miał walczyć w wyścigu o zwycięstwo, później wyszedłem na czoło grupy i ciągnąłem ją. Jeśli ktoś zaczął ten podjazd z tyłu, miał później duże problemy. Było mokro, a nachylenie w początkowej fazie wzniesienia sięgało 25 st. Tempo w sobotę było naprawdę mocne, w pierwszą godzinę przejechaliśmy w deszczu 51 km. Następnego dnia w GP Bruno Beghelli jechaliśmy na Roberto Ferrariego. Wyścig był mocno rwany, na trasie zawodnicy z różnych ekip oddawali mnóstwo skoków, ale pierwszy odjazd ruszył dopiero po kraksie na trasie. Sam też byłem w atakującej grupce, ale starałem się równocześnie zachować siły na finisz i dobrą pomoc Ferrariemu. Gdy wszystko już się zjechało, 9 km przed metą wyszedłem na czoło wyścigu i ciągnąłem na ostatnim podjeździe dla kolegów. Zrobiłem swoje, a Ferrari finiszował na 3. miejscu. 

Mogę być zadowolony z ostatnich startów w sezonie. Żadnego urazu psychicznego po Vuelcie nie mam, bo nic nie pamiętam. Oglądałem nawet ostatnio ten feralny etap, widziałem, jak wsiadam do karetki i rozmawiam z lekarzami, ale w ogóle tego nie zarejestrowałem. Godzina wycięta z życiorysu i tyle. Zależało mi, żeby po Vuelcie wystartować w mistrzostwach świata, jednak kraksa pokrzyżowała te plany. Ten rok nie był dla mnie udany, nie ma co ukrywać, ale wierzę, że następny będzie lepszy. Mam nadzieję, że limit pecha wyczerpałem na kilka sezonów. Nie załamuję się i jadę dalej, wszystko w moich nogach i głowie. Nie czuję się zmęczony, motywacji mi nie brakuje, chęci do ścigania na wysokim poziomie wciąż mam bardzo duże. Oby tylko zdrowie dopisywało.

Mam podpisany kontrakt z Lampre-Merida na nowy sezon i mogę się do niego spokojnie przygotowywać. Trochę lat ścigam się już w tej ekipie i mogę w niej liczyć na dobre wsparcie. Giuseppe Saronni śmiał się ostatnio, że sporo kosztowały go w tym roku moje opatrunki, i życzył, żeby w przyszłym roku było inaczej. Nowy sezon chciałbym zacząć później niż miniony. Argentyna była przyjemnym miejscem na pierwszy start w roku, ale tak wczesny początek może rozregulować silnik w dalszej części sezonu. Chcę wrócić do sprawdzonego programu startów. Jego ostateczny kształt ustalę na grudniowym zgrupowaniu. Wiem, na czym powinienem się skupić w przygotowaniach, mam swój plan do wykonania. Zimę chciałbym przejechać na rowerze górskim i na nowej przełajówce. Choć mam ją już od początku roku, nie było jeszcze okazji, żeby ją sprawdzić.

Cały sezon w wykonaniu Lampre-Merida oceniam dobrze. Odnieśliśmy etapowe zwycięstwa na każdym z wielkich tourów, pokazaliśmy się z dobrej strony w innych wyścigach. Zabrakło wysokiego miejsca w generalce wielkiego touru, w przyszłym roku spróbujemy to zmienić. W ostatnim czasie ogłoszono kilka transferów do naszej ekipy i widać, że inwestuje ona w młodych zawodników, co jest zgodne z jej dotychczasową polityką stawiania na dobrze rokujących kolarzy. Sporo dobrego można się spodziewać po Louisie Meintjesie. Ma dopiero 23 lata, a już ma na swoim koncie 10. miejsce w Vuelta a Espana, na pewno będzie dla nas dużym wzmocnieniem. Dla kilku bardziej doświadczonych zawodników też znajdzie się jednak w ekipie miejsce. Nie jestem już młodzieniaszkiem, ale czuję się młodo i nie widzę przeszkód, żeby wciąż skutecznie rywalizować. Dziękuję za wsparcie okazywane w tym niełatwym sezonie i do zobaczenia w przyszłym roku.

piątek, 21 sierpnia 2015

Czas na 10. wielki tour


Od środy jestem w okolicach Malagi, ostatnie przygotowania do Vuelta a Espana są w toku. Dzisiaj czeka nas rekonesans trasy otwierającej wyścig drużynowej czasówki. Ma tylko 7,4 km, ale nie jest najłatwiejsza i miejscami zapowiada się bardzo specyficznie. Sporo nerwów, niewiele minut i będzie po etapie, ale wcześniej trzeba się do niego dobrze przygotować.

Bardzo się cieszę, że stanę na starcie Vuelty, bo różnie mogły się sprawy potoczyć. Jak wiecie, na początku zeszłego tygodnia miałem na treningu wypadek. Kierowca nie zatrzymał się przed znakiem stopu, gdy jechałem ok. 50 km/godz. Zdążyłem trochę wyhamować, ale walnąłem twarzą w bok samochodu. Na szczęście jedyny ślad po tym zdarzeniu to u mnie ruszająca się jedynka. Tylko następnego dnia musiałem zmodyfikować plan treningowy, ale poza tym zrobiłem wszystko to, co sobie założyłem przed Vueltą.

Pierwsze etapy wyścigu będą pewnie strasznie nerwowe, jak to w wielkim tourze. Trzeba będzie jechać uważnie tym bardziej, że już 2. i 4. etap kończą się na podjazdach. Zależy mi na dobrym wyniku, ale nie stawiam przed sobą żadnych konkretnych celów. To mój 10. wielki tour i podchodzę do niego ze spokojem. Pojadę z dnia na dzień i skupię się na walce o dobre miejsce w generalce albo o etapy w zależności od tego, jak ułoży się wyścig. Mam przyjemne wspomnienia z Vuelta a Espana i chciałbym je podtrzymać.

Trasa w tym roku wydaje się wymagająca, ale Vuelta przyzwyczaiła już w ostatnich latach do ciężkiej harówki. Na dwóch etapach zrobimy ponad 5000 m przewyższenia, a w całym wyścigu są aż 44 podjazdy. Nie znam ich, ale nie martwi mnie to, nasz sztab dobrze je rozpracuje i każdego dnia przekaże wszystkie przydatne informacje. Najtrudniej zapowiadają się pierwsze dwa tygodnie. Jeśli będę się dobrze czuł, mogę liczyć na odpowiednie wsparcie ekipy. Skład mamy dostosowany do trasy. Są w nim dobrzy górale, ze sprinterów jest tylko Richeze, mamy też młodych, którzy będą pewnie atakować.

Lista startowa wyścigu robi wrażenie. Ze ścisłej czołówki zabraknie tylko Contadora. Najlepsi mają już w tym roku w nogach sporo kilometrów i trudno wskazać jednego faworyta, dlatego tym ciekawsze ściganie się zapowiada. Ja również postaram się dostarczyć Wam dobrych emocji. Nie udało się spełnić podobnych nadziei podczas Tour de Pologne. Być może przyczyną gorszego wyścigu jest zmiana przygotowań w stosunku do zeszłego roku –  tym razem byłem przed TdP na wysokości, a w zeszłym roku trenowałem w lipcu w Polsce. Nie analizuję jednak tego, będę mądrzejszy za trzy tygodnie. Teraz liczy się tylko forma na Vuelcie.